seria publikowana również na wattpadzie pod tą samą nazwą, konto: @chaistoria
— Och, nie daj się prosić, Wendy! — Uśmiechnął się do niej Lee, obejmując ją ramieniem. Angelina kiwnęła głową, jakby chciała przytaknąć na słowa chłopaka. — Nie ma w tym nic nielegalnego! Przysięgam! — Tym razem pomruk aprobaty ze strony Alicji i podniesiony przez Rinę kciuk w górę.
— Nie jestem pewna, co do tego. Muszę pomyśleć — skwitowała nerwowo Gryfonka, próbując usilnie wydostać się z uścisku rówieśnika, który nie miał zamiaru jej puścić w trakcie tej rozmowie. Wolną dłonią podrapał się po karku. — Umbridge w życiu nie pozwoli nam na coś takiego, to chyba oczywiste. Poza tym nie wiemy nic. Kompletnie nic. Sam Potter mówi, że nic nie umie! — Jęknęła błagalnie, a jej współlokatorki jak na zawołanie wywróciły oczami.
— Jak ty trafiłaś do Gryffindoru? — Westchnęła Alicja, a Wendy poczuła, że na te słowa żołądek wywija trzy koziołki jeden po drugim. Wzięła głęboki oddech, sama zadając sobie to pytanie w głowie. Nie nadawała się tutaj. Złote akcenty w pokoju nagle zaczęły piec ją w oczy, a krawat uwierać. Nie słysząc nic z jej strony, Lee zerknął na nią z góry, jakby odrobinę zmartwiony jej nagłym zbladnięciem.
— A co, jeśli powiem, że George i Fred też idą? — Wendy jakby nagle przebudziła się z chwilowego letargu.
— W tę sobotę, tak? — spytała mimowolnie. Sama nie wiedziała, co bardziej ruszyło ją - słowa Alicji czy Lee. Jednak teraz czuła, że wykrzesała z siebie cały zasób swojej odwagi i chęci dopieczenia Wielkiej Inkwizytor Hogwartu. Wszyscy zgodnie kiwnęli głową. — Niech będzie. — W końcu udało jej się wywinąć spod ręki Jordana, który swoją drogą przewyższał ją prawie o głowę. Niestety na tyle nieszczęśliwie, że potknęła się o dywan i padła na zakurzone deski. — Na Morganę Le Fay...
***
— To wcale nie wygląda na miejsce, gdzie miałoby się odbyć spotkanie z Wybra... Harrym — szepnęła Wendy. Tarcza z namalowanym dzikiem, którego krew ściekała na biały materiał nie wzbudził w niej pozytywnych emocji. Poczuła, jak ktoś klepie jej ramię w pocieszającym geście. George poprawił w dłoni siatkę z produktami Zonka.
— Najwyżej skończymy zamknięci w jakiejś piwnicy — rzucił żartobliwie, jednak dziewczyna przełknęła ślinę, oczami wyobraźni związane ciała w pomieszczeniu pod karczmą, a przez moment zdawało jej się, że usłyszała jakieś błagalne krzyki, które momentalnie wywołały u niej dreszcze. Zanim zdążyła jednak coś powiedzieć, Lee otworzył drzwi i została popchnięta do środka.
Pub wcale nie różnił się od tego z jej głowy. Był maleńki, brudny i śmierdziało w nim alkoholem, który skutecznie przebijał się przez zapach stęchlizny. Deski zaskrzypiały pod ich nogami, a oczy zebranych już uczniów skierowały się ku nowo przybyłych. Uśmiech Angeliny zdawał się mówić do niej: ,,Przyszłaś!". Fred swobodnie, jakby nie był tutaj pierwszy raz, skierował się ku barowi. Zaczął przeliczać całe towarzystwo.
— Poprosimy o... Dwadzieścia sześć butelek piwa kremowego! — rzucił, w momencie, kiedy Rina wpadła do środka zdyszana. — Jednak dwadzieścia siedem — parsknął, widząc, jak koleżanka ugina kolana i kładzie na nich dłonie, żeby odsapnąć po sprincie z zamku.
Wendy przytachała taboret, który dostrzegła w rogu knajpy i usadziła się blisko Anthony'ego Goldsteina, Prefekta Krukonów. Przyjęła od Weasleya z dość niepewnym uśmiechem butelkę, która cała była pokryta kurzem i wręczyła mu dwa sykle. Czuła się mało bezpiecznie w takim miejscu, gdzie było tak ciemno, że z dość dużą trudnością dostrzegała twarze. Rozpoznała Harry'ego Pottera, który wydawał się zszokowany ilością osób, która pojawiła się, by wysłuchać, co ma do powiedzenia. Jego twarz oświetlana była nikłym światłem, pochodzącego migającego ostatkami sił płomienia, unoszącego się nad płynnym woskiem.
Bliźniacy wybrali miejsce niedaleko swojej siostry i Zachariasza Smitha, którego Wendy rozpoznała, dzięki temu, że należał do puchońskiej drużyny Quidditcha. Pomruki i szepty zmieszały się z szelestem papierowych toreb wypełnionych po brzegi produktami z ich ulubionego sklepu. Już po przejściu przez próg miała wrażenie, że zaraz coś wybuchnie jej w twarz, jednak coś mimowolnie ciągnęło ją ku sercu lokalu. Okazało się, że była to nie tylko głęboko skrywana gryfońska ciekawość, ale również Fred Weasley, jednak nawet bez niego zapewne ruszyłaby w głąb pomieszczenia. Okazało się, że nie był to, jak można by się spodziewać, szereg spontanicznych decyzji. Lee w takim tempie gromadził łajnobomby, kubki do herbaty gryzące w nos oraz coraz to nowsze ustrojstwa, że Wendy, której została wręczona lista, nie nadążała z odhaczaniem. Bliźniacy w tym czasie szeptali o czymś z wyraźnym zapałem, pokazując na regały. W pewnym momencie zaczęła się zastanawiać, co ona robi z tą grupą w centrum wszelkich psikusów i kiedy awansowała na młodszego zastępcę ds. żartów i uzupełniania zapasów. Jej osłupienie nie trwało długo, bo oberwała od Jordana podwójną paczką mydełek z żabiego skrzeku i usłyszała tylko pełne mało skrywanego rozbawienia: ,,Sorry!".
Teraz jednak, słuchała, co do powiedzenia ma Hermiona Granger. Mimo szczerej niechęci do przyjaciółki Wybrańca, Wendy wyłapywała istotne słowa z jej przywitania. Wzięła łyk z butelki i skrzywiła się delikatnie, czując, że musiało leżeć pod barkiem przynajmniej dwa miesiące. Starała się nie odzywać podczas ostrej wymiany zdań pomiędzy Gryfonami a Zachariaszem Smithem, który po którymś przerwaniu zaczął ją już irytować i powstrzymywała się, żeby nie rzucić mu jakiejś ciętej uwagi. Ku jej zadowoleniu, uprzedzili ją bliźniacy.
Wokół zebranych panowała aura podniecenia, ciekawości, ale i zadowolenia. Po ustaleniu ilości spotkań w tygodniu, kłótni o Heliopaty (cokolwiek, na litość boską, to było) oraz dwukrotnym przerwaniu Angelinie, która wydawała się być zainteresowana tylko dobrem drużyny Gryfonów (Wendy coraz bardziej zaczęła zauważać piętno odciśnięte przez Oliviera Wooda i zaczęła się o przyjaciółkę szczerze martwić), zaczęto temat miejsca, gdzie mają się odbywać treningi. Gdy z ust Katie Bell wyszło ,,biblioteka", Wendy parsknęła śmiechem, ale widząc, że nikogo innego ten pomysł nie rozbawił, poczerwieniała i spuściła speszona głowę.
Wendy Humphrey sama nie wiedziała, kiedy złożyła swój podpis pod nazwiskiem Smith. Jej dłoń sama pochwyciła pióro. Kartka powoli zapełniała się kolejnymi śmiałkami, którzy postanowili nauczyć się coś nie coś od samego Chłopca, Który Przeżył.
— Czas ucieka, a ja razem z George'em, Lee i tą damą mamy do załatwienia pewną delikatną sprawę — wypalił Fred i pociągnął sparaliżowaną z szoku Gryfonkę ku górze, by wstała, a następnie poszła za nim. Żwawym krokiem skierował się do wyjścia z gospody, a Wendy nie zostało nic innego, jak pójście za nim, żeby dowiedzieć się, o co chodzi i jakim cudem jest w wmieszana.
— Co jest grane, Fred? — spytała, dorównując mu kroku. Musiała przyspieszyć dwukrotnie i zaczynała mieć lekką zadyszkę.
— Kiedy nauczyłaś się nas odróżniać? — spytał wyraźnie zaintrygowany, po czym parsknął śmiechem, widząc minę dziewczyny zirytowanej zmianą tematu.
— Magik nie zdradza swoich sztuczek — odparła wymijająco po wywróceniu oczami. — Delikatna sprawa. O co chodzi?
— Musimy jakoś przetransportować wszystkie rzeczy do zamku. Filch stoi na czatach, a ty masz w torbie listę produktów, musieliśmy cię zwerbować. — Lee uprzedził przyjaciela rzeczowym tonem, a Wendy uśmiechnęła się do niego delikatnie i kiwnęła głową.
— Zwolnij, Wendy, do jasnej cholery! — Widząc, że siostra na moment przeprasza Weasleyów i Jordana, szybko zaczęła mówić, jakby dla upewnienia, że z nikim jej nie pomyliła. — Znowu łazisz z tymi rudzielcami? Mój Merlinie. Nie mogłaś sobie kogoś innego znaleźć do szlajania... — Urwała pod presją twardego wzroku Gryfonki.
— Pogrążasz się — warknęła Wendy. Pod Pubem Pod Trzema Miotłami, ponad ramieniem Destiny dostrzegła Zabiniego i Malfoya. Spojrzała na nią szczerze zawiedziona z nutą złości, po czym wyrwała list z jej rąk i bez pożegnania, ruszyła do czekających na nią znajomych.
Destiny została sama na środku głównej ulicy Hogsmeade z potwornym poczuciem winy. Przybrała swój najlepszy uśmiech i wcisnęła ręce do kieszeni, wbijając paznokcie w wewnętrzną część dłoni.
— Zajmijcie stolik, już idę — zawołała i kopnęła ze złości na siebie kamień, który potoczył się do miejsca, gdzie moment wcześniej stała Wendy.
Ogólnie to przebrnęłam, ale raczej bez takiego zachwytu. Pierwsze rozdziały bardziej mnie fascynowały i chciałam je czytać, teraz jest fajnie i poprawnie, ale trochę nudzi. Ale to tylko moje subiektywne odczucia.
Nie jestem do końca pewna, ale czy to prawidłowy sposób zapisywania dialogów? Czy też nie?